poniedziałek, 29 grudnia 2014

Głos gór - Hiei / Kōya

Chociaż wycieczkę na Hiei dzieli od wyprawy na Kōya kilka dni, pozwolę sobie połączyć dwie relacje w jedną notkę, bo: a) to góra i to góra, b) to świątynie i to świątynie, c) i tak wszystko buddyzm.

Hiei i kawa za 100 jeniaczy, idealnie.
Hiei leży na obrzeżach Kioto (konkretnie na północnym wschodzie, co jest ważne, ponieważ to zły kierunek, z którego przybywają demony i właśnie dlatego Japończycy od wieków stawiali na tej górze świątynie w celach ochronnych) i znana jest głównie ze znajdującego się na niej klasztoru Enryakuji (延暦寺), jednego z – jak głosi fama - największych zespołów świątynnych w Japonii. Założył go w IX wieku mnich Saichō, twórca buddyjskiej sekty Tendai – i właśnie z ową sektą najbardziej jest Enryakuji związane. Ale nie to jest najlepsze. Najlepsze jest to, że mnisi z Hiei przez wieki tak przykoksili (pieniądze, wpływy, splendor itp.) że zaczęli mieszać się do polityki, a nawet założyli sobie coś na kształt mnisiej armii i wojowali w najlepsze. Na to wszystko wpadł w XVI wieku Oda Nobunaga (wielki wódz i jeden z trzech zjednoczycieli Japonii) i – stwierdziwszy, że mnisi mu za bardzo fikają – zrównał klasztor z ziemią w 1571 roku. I co, fajna ta japońska historia? A ja z tego pisałam egzamin. 

Mnisi mniszą.
W każdym razie Enryakuji zostało później w miarę odbudowane i dziś można je spokojnie zwiedzać, dojechawszy wpierw na miejsce ケーブルカー (wym. keeburu kaa, czyli coś w rodzaju kolei linowej). Był to pierwszy środek transportu w Japonii, w którym do biletu dostałam w zestawie oshibori, czyli nawilżoną chusteczkę służącą do wycierania rąk przed jedzeniem w restauracji. Po dziś dzień nie wiem, po co mi to było na tej kolejce.

Tym, co najbardziej mnie zaskoczyło, była stromość zbocza, po którym wjeżdżaliśmy. Nie obiegałam Hiei dookoła (jak ponoć po dziś dzień czynią to niektórzy mnisi, żeby wzbogacić się duchowo) i nie wiem, czy z każdej strony podejście jest tak strome, ale jeżeli faktycznie Nobunaga ze swoim wojskiem otoczył górę i wspinał się, żeby skopać mnisie tyłki, to… Jak oni niby wleźli?! I to na dodatek ze sprzętem służącym do niszczenia i siania zamętu… To musiało być coś.

Walnęłam mocniej, niż się spodziewałam.
Sam kompleks Enryakuji jest dość rozrzucony w różnych punktach góry, co zmusiło nas do długich spacerów (to znaczy był też autobus, ale rzadko; poza tym. jak mówi moja babcia, jestem młoda i mam zdrowe nogi). Krajobrazy takie, jakich spodziewano by się po górskim klasztorze buddyjskim: cicho, zielono, spokojnie, drewniano. Widok na jezioro Biwa (sama historia i literatura!). Jedynym zgrzytem był dla nas stojący nieopodal głównego pawilonu Enryakuji – kaikan, czyli… nowoczesny hotel. No ale dobrze, takie wymogi turystyki. No i trochę ściął Martę i mnie z nóg mnich, który, przy okazji odbicia pieczątki w mojej książeczce przeprowadził z nami chyba dziesięciominutową konwersację w swoim ojczystym języku tylko po to, żeby na koniec z rozbrajającą ciekawością zapytać, czy my właściwie mówimy po japońsku? Usłyszawszy to, Kaszyna zaczerpnęła głęboki oddech, odwróciła się na pięcie i odmaszerowała. Taka była Hiei.

Studia buddyjskie pełną parą.
Na Kōya pojechałyśmy już z Osaki i już w towarzystwie Mady, która jest za pan brat z Kūkaiem, VIII- wiecznym japońskim mnichem i twórcą sekty shingon, którego mauzoleum jest główną „atrakcją” wyżej wymienionej góry. Całe szczęście, że pojechałyśmy, bo okazuje się, że ja też powinnam się z nim mocno zaprzyjaźnić celem obrony licencjatu. Może powinnam była za 1000 jenów dedykować mu przepisaną tam przez siebie  Sutrę Serca zamiast za 100 zabierać ją na pamiątkę do domu? Zobaczymy. 

Na Kōya dojechałyśmy też drogą kolejowo – linową (dam głowę, że zaopatrzyłyśmy się w Osace w stosowny pass), ale samochodem też by się jakoś dało. Zasadniczo w porównaniu z Hiei druga z odwiedzonych przez mnie gór wypadała nadzwyczaj… Żywo i nowocześnie. Były księgarnie. Były lodziarnie. Był nawet Family Mart. I prywatny uniwersytet. Ryūgaku (stypendium na zagranicznej uczelni) na Kōya?

W tle Okunoin, poza kadrem tabliczka no photo.
Ale koniec końców pojechałyśmy tam zobaczyć Okunoin, czyli mauzoleum wspomnianego już przeze mnie Kūkaia. Japońscy wyznawcy buddyzmu wierzą, że tak naprawdę mnich ten (nazywany też Kōbō Daishi – „wielki mistrz rozpowszechniający prawo”, że tak popiszę się – w moim przypadku wątpliwą - erudycją i uniknę powtórzenia jednocześnie) nie umarł, tylko wszedł w stan długotrwałej medytacji i tak sobie czeka na przyjście następnego buddy – Miroku. Jego mauzoleum zaś stoi na wielkim cmentarzu (gdzie pochowany jest między innymi Oda Nobunaga, ten co zjarał Enryakuji), otoczone pięknym lasem, ciche i spokojne (nie licząc tłumu pielgrzymów; jak widać Kōbō Daishi cieszy się niesłabnącą popularnością). Wokół mnóstwo instytucji kulturalnych umożliwiających turystom różnorodne taikeny (przeżycia, doświadczenia), typu wspominane przeze mnie przepisywanie sutry lub medytacja (na którą nie zdążyłyśmy, bo zasiedziałyśmy się w Family Marcie, Mada ubolewała najbardziej, mnie minuty spędzone z pędzelkiem nad sutrą wystarczyły za wszystkie medytacje) a nawet nocleg w świątyni, w spartańskich (bo zgodnych z regułą zakonną) warunkach, ale za grube pieniądze. 

Cóż, może następnym razem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza