wtorek, 30 grudnia 2014

Coraz głębiej ku początkom Japonii - Nara



Zdjęcia z Nary jak pocztówki. Tōdaiji.
Nara, pierwsza stała stolica Japonii (pełniąca tę rolę w VIII wieku n.e., potem już Heian-Kioto) stała się miejscem naszego noclegu pomiędzy 12 a 13 września. Kaszi znalazła nam bardzo ładny hostel nieopodal parku Nara (ale jednocześnie nie na tyle blisko, żeby pod oknem łaziły jelenie), dostałyśmy na spółę z Madą i Agą czteroosobowy pokój z własną łazienką (należy swoje przeżyć w podróży i akademiku, żeby docenić komfort oddzielnej łazienki), a miły pan w typie współczesnego samuraja (przydługie włosy związane w mini kiteczkę i zarost, ilu ja takich widziałam!) wniósł nam bagaże na piętro. Na dodatek niedaleko było Gasto (ガスト, jedna z licznych sieciowych restauracji nazywanych zbiorczo family resturant). Naprawdę dobrze trafiłyśmy.

Na Narę przeznaczyłyśmy jeden dzień, co nie dawało zbytniego pola do popisu, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że na Asukę następnego dnia miałyśmy tyle samo, choć w porównaniu z Narą serio NIC TAM NIE MA. Spięłyśmy się więc i po powierzeniu naszych bagaży (ważne słowo: azukari / 預かり- oddawanie bagaży na przechowanie; miałam z tym do czynienia co dzień zarówno jako hotelarz, jak i jako turysta) ruszyłyśmy z kopyta zwiedzać. Oczywiście na pierwszy ogień musiało iść Tōdaiji.

Budda jest lepszy w mudrach.
Tōdaiji to kompleks świątynny, w którym znajduje się drugi (a właściwie pierwszy, bo starszy) obok tego z Kamakury słynny Daibutsu, Wielki Budda. Od kamakurskiego na pierwszy rzut oka laika różni się tym, że siedzi sobie pod dachem, w pawilonie będącym największą drewnianą budowlą świata (trzeba przy tym pamiętać, że dzisiejsza wersja to ponoć jakieś 2/3 wielkości oryginału) i jest naprawdę WIELKI (ok. 16 metrów). Naokoło oczywiście mnóstwo turystów, w tym naszych ulubionych Chińczyków, próbujących przecisnąć się przez mały otwór w jednej z kolumn pawilonu, by – w myśl legendy – doznać oświecenia. Chyba się nie udało.

Po prostu Pindola.
Daibutsu przygniata swoim ogromem (cesarz Shōmu, który zainspirował wzniesienie posągu ostro nadszarpnął tym budżet państwa – że tez kiedyś wiarze takie dille się opłacały…), ale nasz ulubieniec z Tōdaiji siedział sobie cichutko po lewej stronie od wyjścia…
Kasz: O kurde, obczaj tę rzeźbę, kto to jest?
Julita <przeczytawszy podpis>:
Kasz: No?
Julita: E… Pindola.

Cóż dalej w Narze? Kasuga Taisha, czyli świątynia dawnego arystokratycznego rodu Fujiwara (w ich przypadku to niewystarczające określenie, Fujiwarowie naprawdę umieli się w życiu ustawić i robili to przez dekady), z kapłankami miko chodzącymi z imponującymi kwiatami przyczepionymi do… czoła (to moje najwyraźniejsze wspomnienie związane z tym miejscem). Niespodzianka, obecność w Narze wszędobylskich, żarłocznych i śmierdzących jelonków zawdzięczamy właśnie świątyni Kasuga (shika jako święte zwierzę). Przynajmniej są dobrze wychowane; byłyśmy świadkami, jak jeden z nich – otrzymawszy od pewnego starszego pana specjalne ciastko dla jeleni, które można było tam kupić – ukłonił się w podzięce jak na filmikach z Youtube. Internet czasem nie kłamie. 
Pani miko byłaby zła za tę fotkę.

Potem Kōfuku-ji, która była wówczas częściowo Remontōji (zbiorcze określenie dla wszystkich świątyni, których z powodu przeprowadzanych prac restauracyjnych nie mogłyśmy zwiedzić; zaczęło się od Rinnōji w Nikkō). Na szczęście można było wejść do skarbca – muzeum, gdyż ciągnęłam tam Kaszynę głównie po to, żeby zobaczyć Ashurę. Udało się, ale oczywiście nie mogłam mu zrobić zdjęcia.

Yumedono i ktośtam.
Czas leciał, więc wskoczyłyśmy jeszcze w pociąg i pognałyśmy kilka stacji dalej, do miejscowości Ikaruga, gdzie znajduje się Hōryū-ji (jap. 法隆, Klasztor Rozkwitu Prawa, nazwa podkreślająca wagę miejsca, więc przytoczę tłumaczenie, co tam), zespół świątynny założony na początku VII wieku na polecenie księcia Shōtoku, który zasłużył się jako wielki propagator buddyzmu w Japonii, utworzył konstytucję w 17. artykułach… a według najnowszych badań mógł wcale nie być taki zasłużony i w ogóle, inny koleś niż się przez wieki uważało. I bądź tu japonisto mądry. W każdym razie Hōryū-ji stoi na pewno i bardzo mi się podobało, może z racji późnej godziny naszego przybycia i związanej z tym małej ilości współzwiedzających. Cisza, spokój, my zaglądające do wnętrza Yumedono (Pawilonu Snów). Było świetnie.

A wieczorem wielka akcja przebierania się w nasze yukaty (jak kimono, tylko że z cieńszego materiału, bo na lato; noszone z trochę innymi dodatkami) i spacer po mieście, zakończony sesją w automacie do purikury. 

My piękne, lato 2014. / Przegięta purikura jest przegięta.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz