niedziela, 31 lipca 2016

W krainie bogów - Gion Matsuri i Tenjin Matsuri


Oblężona Yasaka
W dzisiejszym wpisie będzie trochę śmiesznie, bo mam dla Was trochę historii, (za) dużo zdjęć (i tak okrawałam), filmiki i moje komentarze (sory!). A to wszystko przez dwa (z trzech) najważniejszych japońskich świąt: Gion Matsuri (祇園祭) i Tenjin Matsuri (天神祭). Obydwa odbywają się w lipcu w Kansai, pierwszy w pobliskim Kioto, drugi w mojej Osace. Zestawienie ich pokazuje też – moim zdaniem – różnice między tymi dwoma miastami, ale o tym będzie później. 

Dla ciekawych: trzecie święto to Kanda Matsuri (神田祭) i odbywa się w Tokio w maju. 

Zacznijmy od Gionu. Samą nazwę pewnie kojarzycie, to ten Gion od gejsz. Oprócz knajp stoi tam jednak jeszcze Yasaka Jinja, świątynia „odpowiedzialna” za Gion Matsuri. Zaczęło się jakoś w IX w. od kilku plag, które nawiedziły ówczesną stolicę (teraz streszczam wykłady historyczne z tego semestru, więc uważajcie). Japończycy byli już wtedy przyzwyczajeni do różnego rodzaju kataklizmów, ale pomyśleli sobie, że coś, kurczę, dużo tego. Chyba duchy przodków się na nas wkurzyły. Trzeba się z nimi ustawić. I tak powstało Gion Matsuri, które – jak wynika z powyższego – ma zapewnić ludziom przychylność bóstw i duchów oraz generalną pomyślność. W tym celu praktycznie przez cały lipiec coś się w Kioto dzieje, ale główne atrakcje można zobaczyć między 16. (kiedy to cała ulica przy Gionie zostaje zamknięta dla ruchu samochodowego, więc piesi mogą na luzie zadeptać się na śmierć w olbrzymim tłumie) a 17. (kiedy to ma miejsce główna parada yamaboko, takich śmiesznych wysokich wozów, na których siedzą ludzie).

Shishi kłapie paszczą, wspominałam o nim TU
Postanowiłyśmy zaliczyć obie te atrakcje, co równało się z nocką w okolicach Gionu, żeby oszczędzić sobie późnonocnych i wczesnorannych dojazdów w tę i z powrotem. Padło na całonocne karaoke, co pozwoliło nam na dopracowanie naszego wykonania „My heart will go on” na cztery głosy (ale może nie będę tu wchodzić w szczegóły). Pierwszego dnia przeciskałyśmy się więc przez nieludzkie tłumy, starając się przy okazji zobaczyć jak najwięcej… Atrakcji. Czyli obrzędów. Pamiętajcie jednak, że mówimy tutaj o święcie sprzed tysiąca lat, więc fajerwerków się nie spodziewajcie (co innego Tenjin, chociaż też jest stary – no ale sasuga Osaka). Głównie były to więc procesje ludzi w historycznych strojach, jakieś tańce, jakieś granie na dzwonkach. Dzieci przebrane za łabędzie. Nie wszystko rozumiem :D 
 
Drugiego dnia, kiedy już wynurzyłyśmy się z wokalnej otchłani, czekała na nas główna procesja. Do której trzeba było się najpierw dopchać. O matko. Pozwólcie mi wyjaśnić: Gion Matsuri dzieje się na bardzo małym obszarze. Co prawda główne ulice Kioto są stosunkowo szerokie, ale nawet one nie są w stanie pomieścić dziesiątek tysięcy ludzi, którzy chcą coś zobaczyć (w końcu jedno z trzech głównych świąt). W rezultacie grzęźnie się w tłumie przy 35 stopniach i przejście z jednej strony ulicy na drugą wymaga zejścia do dworca metra i błądzenia tam między korytarzami. Na wzmiankę więc zasługuje fakt, że w tych warunkach udało nam się dopchać do miejsca, w którym pomalowany na biało chłopiec, siedzący na pierwszym wozie (strasznie głupio to brzmi, ale chodzi o to, że ten dzieciak jest chwilowo wcieleniem bóstw) przeciął świętą linę, tym samym rozpoczynając pochód. No to przeciął, jak widzicie na filmiku. Parada ruszyła. I… Tyle? Później pozostaje już podziwianie kolejnych wozów, starając się przy tym nie zemdleć z braku powietrza w tłumie. A potem walka o miejsce w pociągu powrotnym. 


 
Esencja Osaczy na jednym obrazku
Po nieco ponad tygodniu odpoczynku (25 lipca) czekał nas Tenjin Matsuri. Tu już byłyśmy bardziej u siebie, bowiem Tenjin jest świętem osaczańskiej Tenmangū i odbywa się w na rzece w okolicach zamku Osaka. Cała impreza poświęcona jest bóstwu Tenjin, czyli panu Sugawara no Michizane (o którym już kiedyś wspominałam, przy okazji wizyty w Dazaifu Tenmangū na Kyūshū). To ten koleś, którego cesarz i spółka niesłusznie skazali na wygnanie i za to po śmierci męczył ich plagami, więc go deifikowali. Obecnie patron nauki i egzaminów (wiecie już gdzie iść, żeby zdać na stypendium). 

Tenijn Matsuri też jest stary (trochę młodszy niż zabawy w Kioto, ale nadal jakiś X wiek) i także cieszy się niesłabnąca popularnością, ale jakoś bardziej dało się żyć, niż na Gionie (kwestia obszaru?).
Płyną dzień i noc
Zaczęło się od parady, która wyszła z Tenmangū i ruszyła ulicami, po to, żeby w końcu wsiąść na statki i… spłynąć. Rzeką. To wszystko przy akompaniamencie dzwonków, historycznej muzyki i wesołego pokrzykiwania (uprzedzam pytanie odnośnie filmiku: nie wiem, co krzyczą i możliwe, że oni też nie, bo duża część takich zawołań pochodzi sprzed stuleci i z upływem czasu zatarło się znaczenie). W międzyczasie mikoshi (te przenośne ołtarzyki; serio to są ołtarzyki - w środku jest bóstwo) odwiedzały okoliczne sklepy i wytrzęsały im pomyślność.

W skrócie: Tenjin jest o tyle żywszy od Gionu, o ile Osaka od Kioto. Czyli bardzo. 

A na koniec wisienka na torcie: pokaz sztucznych ogni. Dla Japończyków to właśnie lato jest sezonem na fajerwerki, więc co chwilę gdzieś strzelają, ale Tenjin Matsuri ustawia poprzeczkę wysoko ze swoim ponad półtorej godzinnym pokazem, podczas którego na zmianę walą z dwóch stron mostu (na którym stałyśmy, choć teoretycznie tam nie wolno się zatrzymywać, ale trochę można tę zasadę lekceważyć). Na koniec robi się już siwo od dymu, wolę też nie myśleć o wyhukanych w powietrze milionach jenów, no ale mają to robią. Efekt jest świetny.
Mają nawet takie strzelające w serduszka <3
Jak na Lech - Legia

Dostałyśmy też dużo darmowych wachlarzy – reklam (na przykład z host clubów z absolutnie nieprzystojnymi hostami) i było znacznie więcej ulicznego żarcia, niż na Gion. Witajcie w Osaczy.


次回:Heh, w najbliższym czasie to ja zdaję egzamin z chińskiego, ale potem wstawię pewnie last m… last three months (Kasia Tusk kazałaby mi się wstydzić za ten brak regularności :( )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz