wtorek, 10 grudnia 2013

Let me go back to that bar in Tokio (część I)

Dobra, czekaliśmy na to całe… 39 dni (licząc od przylotu do Japonii), ale w końcu nadszedł czas na pierwszą wyprawę do TOKIO, stolicy blichtru, tłoku, rozpusty i darmowych chusteczek jednorazowych rozdawanych na ulicach (co jest ważne, bo w sklepie takich nie dostaniesz i potem smarkasz w papier toaletowy – zgadnijcie skąd wiem). Ponieważ opis trzydniowego pobytu zajmie mi pewnie z 5 km tekstu, podzielę relację na etapy. Zacznijmy od piąteczku, kiedy to po wyczerpującym (niepełnym) tygodniu pracy zerwaliśmy się skoro świt i po obowiązkowych tostach z dżemorem ruszyliśmy na stację (btw. w czwartek mieliśmy pierwszą lekcję ceremonii herbacianej, na której przez 2,5h uczyliśmy się składać serwetkę i trzymać czarkę, a wieczorem zabrali nas na bankiet, a nawet dwa bankiety, których główną atrakcją byliśmy my oraz szwedzki stół - absolutna miłość, ale o tym może w innym wpisie, jeżeli ktoś wyrazi zainteresowanie!). Tutaj pozwolę sobie po raz pierwszy zaproponować soundtrack (Emilia się nie zdziwi; Darek - to o tej piosence mówiłam, ale nie umiem nucić):


Dojechaliśmy na miejsce jak zwykle na czas, pełni wdzięczności za dobre połączenie (w ogóle, Hakone masterem lokalizacji, proszę wziąć to pod uwagę przy planach hotelarskich ;)). Shinjuku Eki (Dworzec), na którym wylądowaliśmy, jest ponoć najbardziej obciążoną stacją świata I BYŁO TO WIDAĆ, choć tak na serio odczuliśmy ten fakt dopiero przy powrocie w niedzielę. Fakt przeludnienia skrupulatnie notowali panowie w granatowych kombinezonach, będący (jak się domyśliliśmy) LICZYCIELAMI LUDZI. Ich praca polegała na klikaniu w maszynkę tyle razy, ilu ludzi przechodziło obok. Cudowna robota, numer 3 w moim i Darka Rankingu Najgorszej Pracy Ever. Poczekajcie na resztę zestawienia.

Jak widać, z buta można dojść wszędzie.
W Shinjuku nasza trójka się rozdzieliła. Ania, która zwiedziła już okolicę wcześniej, pojechała dalej celem spotkania ze znajomym i zakupu czarnych butów do roboty, bo inaczej na genkanie serio się wkurzą (udało się). My z Darkiem, po zjedzeniu standardowego lunchu z Seven Eleven, ruszyliśmy w stronę, jak nam się wydawało, tokijskiego ratusza, ponieważ w moim przewodniku po Tokio śladami książek Murakamiego (wszyscy wiemy, o jaką książkę chodzi: a)przydała się, b)opisana w niej Japonia jest prawdziwa, włącznie ze zdjęciami półek w konbini, które do dziś się nie zmieniły - potwierdzam) wyczytałam, że jest tam darmowa platforma widokowa. Była, ale wcześniej zdążyliśmy wjechać na 37. piętro innego wieżowca, gdzie był równie przedni widok, kawiarnia i woda mineralna po 1500 jenów. Z ratusza zaś zgarnęliśmy całą wuchtę ulotek – przewodników po dzielniach i jeden przewodnik – książeczkę z mapą metra, bez której byśmy nie przeżyli, a wszystko to za darmoszkę (zaczynamy się w tym specjalizować). Spotkaliśmy też numer 2 naszego rankingu (napięcie rośnie): panów windziarzy. To nawet nie było tak, że jeden koleś przypadał na jedną windę. Nie, jeden cię wsadzał do windy i naciskał przycisk piętra (był JEDEN do wyboru), a drugi witał na górze, żeby po zakończeniu podziwiania morza budynków cię pożegnać i wcisnąć przycisk „parter”. I tak przez osiem albo dziewięć godzin. Robota pełna niespodziewanych zwrotów akcji.

Przydałoby się to wspomnieć coś o samym widoku miasta, ale oprócz tego, że człowiek miał ochotę dość zgrabnie zakląć, widząc tę powierzchnię, nie mogę za wiele powiedzieć. Niech zdjęcia przemówią same.
Wybaczcie odbicie w szybie, od razu widać, że fotograf specjalista.

Z Shinjuku ruszyliśmy do Shibuyi. Z buta. Bo na mapie wyglądało na to, że blisko, więc czemu by się nie przejść. Uwaga, dotarliśmy, choć spotykani przez nas Japończycy byli dość zaskoczeni, kiedy pytaliśmy o drogę NA PIECHOTĘ dokądś. W końcu po co Tokio jest tak porypane tunelami podziemnymi? Żeby nie chodzić z buta. Nas nie przewidzieli. Po drodze odwiedziliśmy Cesarza Meiji (czy raczej jego boską aurę, i boska aurę małżonki) w Meiji Jingu, gdzie załapaliśmy się na ślub w pięknej oprawie, z kapłanami w drewnianych trepach, panną młodą w białym pierogu na głowie i drewnianą parasolką nad tym wszystkim. Meiji Jingu (zaopatrzone w naprawdę wyczesane rozmiarowo bramy torii) stoi w Yoyogi, a stamtąd już tylko kawałek do Harajuku. Z atmosfery Harajuku zapamiętałam tylko wysyp drogich, markowych sklepów (ale nie byliśmy jeszcze w Ginzie, więc może nie wiem, co to znaczy „wysyp markowych sklepów”) i brak sensownego supermarketu w promieniu kilometra (w ogóle, w Japonii nie ma czegoś takiego jak, kurczę, BIEDRONKA </3).
Trochę mnie boli życie, że nie będę miała takiego ślubu.

W końcu (trochę mi już odpadały plecy od bagażu) dotarliśmy do Shibuyi, gdzie praktycznie od razu mieliśmy okazję przejść przez sławetne skrzyżowanie-z-pasami-w-każdą-stronę. Niestety, nie poczułam się jak Scarlett Johannson w „Między słowami” (ani w ogóle jak Scarlett gdziekolwiek), za to dzielnica zrobiła na mnie duże wrażenie. Ciekawosteczka: wszystkie restauracje, sklepy, kawiarnie itp. idą „w górę” – zajmują małą powierzchnię „w metrach kwadratowych”, ale za to na przykład cztery piętra. Czteropiętrowy McDonald’s i trzypiętrowy Starbunio, polecam. 

Hachiko podniósł znaczenie hasła "wierny jak pies" na nowy level.
Tuż obok osławionego przejścia, przy wyjściu z metra, stoi pomnik Hachiko ze startym pyskiem (chyba turyści trochę za ostro go głaskają), gdzie byliśmy umówieni z Koneko. Czekając zobaczyliśmy absolutny numer 1, posiadacza Żółtej Koszulki Lidera naszego rankingu beznadziejnej roboty: pana w szarfie z napisem „ZAKAZ PALENIA”, którego zadaniem było przekierowywanie wszystkich kopcących pod Hachiko do specjalnej strefy dla palaczy. Robota niewdzięczna, monotonna, bez sensu i jeszcze pod gołym niebem. Zwycięzca.

Na wieczór byliśmy umówieni ze znajomymi z tokijskiej polonistyki i tegorocznymi stypendystkami rezydującymi w Tokio, ale zanim ruszyliśmy w stronę Tamy, wpadliśmy jeszcze na obowiązkową kawkę na 1.  piętrze (tutaj by powiedzieli, że na 2. bo nie znają pojęcia „parter”) kawiarni. Darek i Ania już uwierzyli, że mówiłam prawdę, stwierdzając, że „na kawę mogę iść zawsze”. 

Tak, to zdjęcie było robione pod Insta.
Podróż do Tamy upłynęła pod znakiem szukania właściwego połączenia (nie, żeby coś tu nie było oznaczone, ale trudno jest nie zgubić się w plątaninie kolejek podmiejskich, metra, Bóg wie czego jeszcze – gorzej niż wszystkie spółki PKP), bycia pilotowanym przez Chiheia (dobrze, że kupiliśmy te telefony) i radosnego oczekiwania na spotkanie. Tama powitała nas niskimi budynkami („To TEŻ Tokio!” – Chihei) i znajomymi twarzami. Zaraz potem nastąpił przeskok do izakayi (pubu), gdzie spędziliśmy wieczór przy szklankach (wielu) alkoholi w dobrych (jak na Japonię) cenach i wyszukanych przekąskach w stylu japońskiej wersji flaków i kurzych chrząstek w panierce (chłopaki, dzięki za zamawianie! :D). Rozstaliśmy się po północy, choć nie na dużą odległość, gdyż nocowaliśmy w większości i tak w Tamie i okolicach (dzięki uprzejmości kolegów, którzy przygarnęli biednych hotelarzy!). Zasnęłam szybko w przytulnym mieszkanku (metraż japoński) Kasumi, a już następnego ranka…

… Dobra, następny ranek w następnej notce, bo już i tak przegięłam z objętością.  

2 komentarze:

  1. Może i piosence się nie dziwię, ale tekstowi notki to już tak. OMG jeszcze lepiej niż w moich marzeniach o Twoim tripie. (Porypane, wiem). Ostatnie zdjęcie na insta SUPER. Refleksja o Biedronce mnie rozwaliła, mw. tak jak liczyciele ludzi. O co cho? Przecież co chwilę obok nich ktoś przechodzi. Czy mają bipać tylko wtedy, jak jakaś osoba znajdzie się od nich nie dalej niż na pięć metrów? Czy tam, nie wiem, stóp? A jak jakiś człowiek będzie chodził w kółko np. od kiosku do kibla, od kibla, do kiosku, i tak dalej? To już wolę windziarzy i pana prowadzącego do palarni - spoko, mnie się podoba ten pomysł, bo jak nie ma wyraźnie zaznaczone, gdzie można palić a gdzie nie, to taki uprzejmy przewodnik tytoniowy zawsze na propsie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hum, gdybym była młodsza, żałowałabym, że z Twoich wyobrażeń nie powstanie opowiadanie... Nie, w sumie teraz też żałuję :D Do końca nie wiem co z tymi liczycielami, zgadywaliśmy. Podejrzewam, że liczą natężenie ruchu, więc jeżeli przejdzie się 14 razy, to za każdym razem policzą. Było ich sporo, więc chyba jakoś ogarniają wszystkich przechodniów... A co do pana od palenia - jasne, Ty tak mówisz, ale pomyśl sobie jak to jest wykonywać taką prace przez, powiedzmy, 5 lat. Ja bym po miesiącu oszalała.

      Usuń