piątek, 28 października 2016

Zamek, którego nie ma, a i tak robi furorę: Takeda



Początek trasy
Do zamku Takeda pojechałam, kiedy został mi niewykorzystany dzień przejazdów na Seishun 18 Kippu i musiałam znaleźć miejsce, do którego mogłabym obrócić w dobę ;) To nie świadczy źle o zabytku – po prostu znajduje się on mniej więcej pośrodku niczego ( = dość byczej prefektury Hyōgo) i przejazd po zwykłych cenach niezbyt się opłaca. W Osace trzeba wsiąść do pociągu w stronę Himeji, a tam przesiąść się na bardziej lokalny, żeby w końcu jednowagonowcem dotrzeć do stacji Takeda, z którą po jednej stronie sąsiaduje zamkowe wzgórze, a po drugiej maleńkie miasteczko, w którym atrakcji raczej nie ma.

Tutaj może zrobię mały wtręt, przydatny dla wszystkich pragnących poruszać się po Japonii komunikacją publiczną (właściwie niby jak inaczej) – z całego serca polecam aplikację NAVITIME (stronę też mają), która nigdy mnie nie zawiodła jeżeli chodzi o połączenia, przesiadki i informacje o komplikacjach na trasie. W przypadku korzystania z Seishun trzeba wyłączyć opcję dodatkowo płatnych przejazdów (shinkansen, ekspresy z miejscówkami), żeby pokazywało same zwyklaki, po czym można ruszać w drogę!

Tak się wchodziło
Wracając do zamku, a właściwie do ruin zamku (spójrzcie na zdjęcia i sami oceńcie, ile z niego zostało): po wyjściu ze stacji trzeba wdrapywać się około czterdzieści minut na górę (są schodki, ale i tak zasapałam się jak lokomotywa i zastanawiałam, jakim cudem udało mi się dwa lata temu wejść na prawie czterokilometrową Fuji). Wejście na szlak jest niedaleko torów, mapki dostępne są na stacji albo w internecie. Niegotowi na wysiłek fizyczny mogą podjechać pod szczyt własnym samochodem lub taksówką (ale kto wydawałby dodatkowe hajsy, bo nie ja). Jest też opcja podjechania autobusem od drugiej strony wzgórza i podejścia potem jeszcze troszkę. Wstęp za 500 jenów. Mimo braku dodatkowych atrakcji Takeda cieszy się – z tego, co widziałam na miejscu i słyszałam od innych – dość dużą popularnością wśród turystów (co ciekawe, spotkałam praktycznie samych Japończyków). Dlaczego?

Na szczycie czekają na nas przede wszystkim piękne widoki. Serio, tak pocztówkowych zdjęć nie robiłam dawno. Z samego zamku zostały przede wszystkim fundamenty, więc nie może na pewno konkurować z na przykład Himeji, chociaż na lokalizację pewnie by wygrał (zdjęcia!). Gdybym wpadła tam kilka miesięcy później, być może trafiłabym na słynną mgłę, która spowija szczyt jesienią, przez co całość na zdjęciach w necie zawsze wygląda, jakby unosiła się w chmurach (w rzeczywistości to wzgórze nie jest wcale tak wysokie). W południe na początku września takich atrakcji nie uświadczymy, choć może to i dobrze, bo niby co bym w takim mleku zobaczyła? Wygląda to dobrze chyba tylko z sąsiednich wzgórz :)

Resztki zamku

#nofilter
Aha! Dość mocno wieje, co jest zbawienne upalnym latem, ale w zimniejszych porach roku zabierzcie czapki i szaliki.

次回: Fotograficzne podsumowanie sierpnia i września, czyli ostatnich dwóch miesięcy pobytu. Ale to jeszcze nie ostatni wpis ;)

1 komentarz:

  1. Będę musiała się kiedyś wybrać, choćby dla tych pięknych widoków. :)
    Navitime, tego mi było trzeba, dzięki! :D

    OdpowiedzUsuń