piątek, 15 sierpnia 2014

Szczyty Japonii, szczyty głupoty - Fuji!

Mam aktualnie takie zakwasy w nogach, że schodzę po schodach przytrzymując się ściany, a spalone słońcem czoło nie pozwala porządnie się zdziwić, ale co tam – oznacza to, że PRZEŻYŁAM WEJŚCIE NA GÓRĘ FUJI, teraz kolej więc popełnić wpis, który może Wam się do czegoś przydać (jeśli jesteście obcykani we wspinaczce górskiej jak Darek, albo macie głęboko ukryty rys masochistyczny, jak autorka).

Nasz szlak - drogowskaz przy schronisku. Niżej świat.
Na Fuji wybieraliśmy się od dawna, żeby nie powiedzieć  „od zawsze”, bo jak tylko usłyszałam, że będę pracować w Hakone, jedną z pierwszych myśli było „Okej, trzeba zaliczyć Fuji”. Plan czekał na realizację do lata, ponieważ turyści (i lamusy) mogą wspinać się na ten wulkan tylko w lipcu i sierpniu, poza sezonem trzeba mieć specjalne pozwolenie (i nie być lamusem – żadnego z tych warunków nie spełniamy). Jak na tak długo planowaną wycieczkę zaskakująco dużo rzeczy poszło nie tak, począwszy od tego, że źle sprawdziłam godzinę odjazdu trzeciego z autobusów, którymi przemieszczaliśmy się spod naszego hotelu aż do piątej stacji na zboczu Fuji. No cóż, to tylko ja, wykorzystaliśmy nadprogramowy czas na dobrą kawę, mała wygrana.

Niestety, fakt, że zaczęło podać jak tylko dotarliśmy na tę piątą stację nie wiąże się już w żaden sposób z wygraną. Tak, sprawdzałam pogodę, tak, było coś o lekkim deszczu, ale nie napisali, że będzie ŁOIĆ 6 GODZIN BEZ PRZERWY. No ale my mokliśmy TYLKO 4, bo tyle zajęło nam wejście z piątej stacji na ósmą (na wysokości 3500m n.p.m.), gdzie mieliśmy nocleg w schronisku. Wystarczyło w zupełności, żeby przemoknąć do suchej nitki, mimo całkiem fajnych kombinezonów (nie płaszczy, bo były dwuczęściowe) przeciwdeszczowych, pożyczonych z firmy. Już wewnątrz yamagoya (山小屋, schronisko górskie) przeżywaliśmy na zmianę z Darkiem załamania nerwowe, ściągając mokre ciuchy i rozpakowując przemoczone plecaki, a wszystko to na powierzchni jakiegoś metra kwadratowego, który przysługiwał na osobę na wielkich, zbiorowych piętrowych łóżkach.

Przynajmniej widok ze schroniska był ładny
Tak, schroniska na Fuji są dokładnie takie, jak w czytankach z naszego podręcznika do japońskiego: małe i przepełnione. Dostajesz na twarz posiłek (rozwodnione curry, które nie było dobre, ale przynajmniej rozgrzewało, co doceniłam, gdy po zjedzeniu przestały mną wstrząsać dreszcze), śpiwór do ręki i waruj na pryczy do nocy/rana, kiedy to wyruszysz w dalszą drogę. Czytanki nie wspominają o dwóch rzeczach: że na Fuji panuje finansowe zdzierstwo i lekka znieczulica. Mam wrażenie, że japońskie omotenashi (już to kiedyś tłumaczyłam) zanika gdzieś na 2000 metrów n.p.m.  Mogę jeszcze przeżyć ceny (7800 jenów za noc z dwoma – że użyję grubego słowa - posiłkami, podczas gdy „na dole” do tej pory płaciłam chyba najwięcej 3500 jenów i to już za naprawdę porządny ryokan), bo wiadomo, za dużej konkurencji nie ma, więc nie muszą się starać. Szkoda tylko, że naprawdę wszystko było srogo płatne (kiedy usłyszałam, że zatrzymanie się na godzinkę wewnątrz schroniska na jednej z niższych stacji kosztuje ponad 1000 jenów za samo SIEDZENIE, wyszedł ze mnie Poznaniak i sama wyszłam. Ze schroniska.), a personel nie wykazywał się zbytnią chęcią pomocy przemoczonym ludziom (żeby w górskim schronisku nie było nawet KOCY? SERIO?). Moje serce zostało więc złamane, a umysł wypełnił mrok. Postanowiłam zrobić jedyną sensowną w tym momencie rzecz: zawinęłam się w śpiwór i poszłam spać (jestem w tym dobra, w przeciwieństwie do Darka, którego otwarte jak szeroko oczy widziałam za każdym razem, gdy na chwilę wybudzałam się z letargu). 

Wstaje słońce, wraca nadzieja
W związku z tym, że nie przeżylibyśmy wejścia na szczyt po nocy w mokrych ciuchach, porzuciliśmy plan oglądania wschodu słońca z wierzchołka, zadowalając się podziwianiem go 250 metrów (wierzcie mi, to były bardzo srogie metry) niżej. To był trudny, ale dobry wybór, bo gdy minęło jeszcze kilka godzin (które przespałam), zjedliśmy nasze szałowe schroniskowe śniadanie („W tym klopsie jest chyba piasek.” – „Może im zleciał na podłogę.”) i ponownie wyszłam na zewnątrz, by obczaić temperaturę i zdecydować, czy odpuszczamy i schodzimy na dół, CZY CO, bo ciuchy nadal mokre… Było ciepło. Byliśmy ponad chmurami, z nieba grzało słońce, 7:30 rano. Spojrzeliśmy po sobie i było wiadomo, że tak, jesteśmy wystarczająco uparci. Wyschniemy po drodze, czas cisnąć na szczyt.

No cóż, jeżeli chodzi o sam szlak (wybraliśmy najprostszy z czterech dostępnych – Subashiri/須走), dla mnie faktycznie było to CIŚNIĘCIE. Pierwszego dnia Darek skakał po ścieżce jak górska kozica, a ja człapałam dwadzieścia metrów za nim niczym połączenie arabskiej żony z sapiącą lokomotywą, przystając co dwa zakręty na ścieżce i prosząc Pana Boga, żeby albo dał mi więcej siły, albo zatrzymał ten deszcz, bo zaraz padnę i zacznę turlać się na dół. Drugiego dnia zasadniczo to samo, tyle że nie padało i dodawałam sobie w myślach otuchy, patrząc na szczyt (poprzedniego dnia przez deszcz ledwo było widać na pięćdziesiąt metrów do przodu). Uważam, że jak na mnie to i tak nie było najgorzej, bo co jakiś czas wyprzedzaliśmy drepczących z kijkami (i aparatami tlenowymi!) Japończyków – choć gdybym szła sama, ich tempo pewnie w zupełności by mi wystarczyło :D

Hej, już u celu
W końcu dotarliśmy na szczyt, robiąc przy tym co trzy kroki pamiątkowe focie. Hej, było warto. Widok piękny, krater może mniej (dziurka jak dziura), ale to pierwszy krater, jaki w życiu widziałam, słońce świeci, ludzie szczęśliwi (bo najgorsze już za nimi). Nadal drogo, ale nawet chram shintoistyczny mieli (jeden z bardziej unikatowych wpisów do mojej książeczki z pieczątkami). Żyć, nie umierać. 
Zgrabne niczym łania starczam się na dół

A potem schodzić na dół, a właściwie zjeżdżać po sypkim żwirze. Dobra zabawa, ale dłuży się po jakichś dwóch godzinach (choć w porównaniu z 6 godzinami wchodzenia, około 3 schodzenia to był serio pikuś I NAWET CZASEM WYPRZEDZAŁAM DARKA). Spodnie na szczęście się doprały, ale buty wyrzuciłam zaraz po powrocie do Hakone. I tak pierwszego dnia popękały podeszwy.

Jak mówi pierwsza cześć japońskiego przysłowia, którego wszyscy na UAM chcąc nie chcąc się uczymy: głupiś, jeśli choć raz w życiu nie wejdziesz na Fuji (no, kto dopowie resztę?), ale na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że można być głupim, ale jakoś się tam wtarabanić.

4 komentarze:

  1. Moje serce zostało więc złamane, a umysł wypełnił mrok. - CÓŻ ZA ZŁO. Pozdrawiam Anakina Skylwalkera granego przez Christensena i biednego Orlando Blooma, ale to tak przy okazji. Co się dzieje na tym świecie... Co z tymi ludźmi?!

    Bardzo miła puenta. I bardzo niemiła męczarnia przedtem, w drodze na szczyt, ale na szczęście szczytowałaś nie sama, tylko z towarzyszem. : D Hej. : D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja słyszałem inne powiedzenie: "mądry człowiek wychodzi na górę Fuji tylko raz, a mądrzejszy podziwia ją z dołu". Byłem też na szczycie, ale wtedy nie padało i to co najlepiej pamiętam to potworny smród z toalet, które co jakiś czas były na szlaku. Na szczycie z powodu różnicy wysokości i ciśnienia dostałem takiego bólu głowy, że chciałem ją odczepić i skopać ze zbocza ;). A co do zejścia, to lepiej się z Fuji zbiega niż schodzi - dużo szybciej wtedy idzie, ale buty tak samo - do wyrzucenia. Niemniej jednak wschód słońca oglądany ze szczytu ponad chmurami zapiera dech w piersi. Warto RAZ to przeżyć :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z naciskiem na "RAZ" ;) Toalety to osobna bajka, wolę tego nie wspominać </3 Głowa trochę bolała, ale na szczęście szybko się przyzwyczaiła, gorzej z układem oddechowym :)

      Usuń