piątek, 1 kwietnia 2016

Tak fajnym facetem i ja chciałabym zostać, czyli Takarazuka Revue!

Dzisiejszy wpis zacznę od ostrzeżenia: Takarazuka to szeroki temat, a ja zetknęłam się zaledwie z ułamkiem tego świata. Prawdopodobnie istnieją już tysiące takich „wprowadzających” opisów i mój wcale nie będzie najlepszy. Ale cóż, w tym zakątku internetu blogerka jest jedna i to jej opinia (podkreślam: tylko opinia) zostanie tutaj przedstawiona :) 

Źródło mojej wiedzy na tle dresów, żeby nie było już tak słodko
Zacznijmy więc od małego wprowadzenia dla tych, którzy z hasłem „Takarazuka” spotykają się po raz pierwszy. A więc: po pierwsze to nazwa geograficzna. Takarazuka to miasto pod Osaką, dość łatwo tam dojechać z naszego kampusu linią kolejową Hankyū. Ale nie zwykłe miasto, ponieważ swoją siedzibę ma tam Takarazuka Revue, czyli przedmiot dzisiejszego wpisu. W skrócie: teatr, w którym grają same babki. Wszystkie role, męskie też.  A właściwie cały szkopuł polega na tym, że role mężczyzn grają kobiety i są przy tym piękne (to znaczy przystojne), dobre i w ogóle, każda z nas chciałaby z takim (taką…? Serio, w pewnym momencie człowiek traci… e… orientację) randkować. Takie odwrócone kabuki, tyle że jeszcze więcej śpiewają (Takarazuka wystawia praktycznie same musicale, a do tego zwykle po właściwym przedstawieniu jest jeszcze krótsza lub dłuższa rewia, gdzie w ogóle już tylko taniec i śpiew) i wszystko jest w stylu zachodnim (sztuki też często z Zachodu, choć sięgają także po historie z mang, a nawet dzieła w stylu „Genji monogatari”). Choć sama myślałam, że to powojenny wynalazek, okazuje się, że już kilka lat temu obchodzili setną rocznicę powstania. Aktorki przed rozpoczęciem mniej lub bardziej oszałamiającej kariery przez dwa lata uczą się w specjalnej szkole, gdzie zostaje im przydzielona na stałe rola mężczyzny (otokoyaku) lub kobiety (musumeyaku), co oznacza, że od tej pory będą grały już tylko tę jedną płeć… A PRZYNAJMNIEJ TAK MYŚLAŁAM, bo okazuje się, że są wyjątki i na przykład otokoyaku może zagrać rolę kobiety, jeżeli jest to jakaś silna i energiczna babka, w którą eteryczna musumeyaku nie dałaby rady się wcielić. Czyli nic nie jest z góry przesądzone i internet kłamie.

Wnętrze teatru. Więcej w ostatnim Last Month
Podsumowując: instytucja to na tyle niezwykła, że narosło wokół niej wiele legend, ale z góry zaznaczam, że NIE MAM POJĘCIA, co jest prawdą, a co nie (patrz wyżej: naprawdę myślałam, że trwają przy jednej odgrywanej płci). Aż tak w tym nie siedzę. Przeczytałam za to pożyczoną od koleżanki książkę, traktującą o życiu codziennym fanek Takarazuki (gdyż głównie są to kobiety, nie ma co ukrywać; kolejka do toalety w tym teatrze prawie mnie zabiła) i jestem na pół przerażona, a na pół zafascynowana. Postaram się więc połączyć tę wiedzę z nikłym doświadczeniem, na które składają się dwa obejrzane spektakle: jeden z biletem z uczelni, drugi już za własne pieniądze i dlatego kupowany od rana w dniu przedstawienia, bo taniej (tzw. 当日B to coś w stylu „biletów na teraz”, na dodatek na ostatni rząd najbardziej oddalonej od sceny strefy; takie biedabilety, ale na szczęście widownia w Takarazuce zrobiona jest bardzo dobrze i wszystko widać nawet z takiej odległości, tylko małe). Tu mała dygresja: widzielibyście tę kolejkę. Ustawiłyśmy się godzinę przed otwarciem kas, ale czoło peletonu stanowili ludzie w śpiworach i na krzesełkach rybackich z termosami. A to nie było jakieś specjalne przedstawienie dla wybranych.

Widok z 当日B
Udało mi się więc zobaczyć sztukę traktującą o życiu Szekspira (chociaż nie wiem, co by prawdziwy Szekspir na to powiedział) połączone z rewią o chwytliwym tytule „Hot Eyes”, oraz przedstawienie oparte na mandze „Rurōni Kenshin”, którą wiele osób zna i kocha. Po niej nie było jakiejś wielkiej rewii, ale tradycyjnie wszystkie występujące wcześniej aktorki coś tam potańczyły, a na koniec wyszły się ukłonić (te grające najważniejsze  role miały wtedy na plecach wielkie, pierzaste skrzydło-ogony, tym większe, im ważniejsza postać; z tego co wiem zawsze tak się kończy).

Podobało mi się zdecydowanie bardziej, niż się spodziewałam. Po pierwsze: nie przepadam za musicalami. Po drugie, nie byłam przekonana co do tych kobiet grających facetów. A jednak, wygląda to wszystko dobrze. To znaczy jest przesadzone, oczywiście. Na koniec wrzucę link do oficjalnego konta Takarazuki na Youtube i polecam serdecznie pooglądać te wszystkie pióra, cekiny (mój ulubiony element, bo ze strefy B postać w kostiumie z cekinami wygląda jak kula na dyskotece :) ) i srebrne makijaże. Ale taka jest koncepcja: jesteśmy w bajce. Kiedy się to kupi, reszta to już sama przyjemność, bo w większości aktorki śpiewają i tańczą świetnie (nie, żebym była ekspertką), muzyka jest przyjemna (orkiestra na żywo!) i japoński też zdecydowanie łatwiejszy w odbiorze niż na kabuki. Oczywiście, były tez osoby, które „wdepnęły” w temat dużo bardziej niż ja i teraz są częstymi gośćmi na przedstawieniach (dlatego też tym mniej czuję się kompetentna w temacie, ale mój blog moje małpy), ramię w ramię z szalonymi Japonkami. No dobra, szalonym Japonkom nikt nie dorówna. Dlaczego?

Przykładowe gazety TYLKO o Takarazuce
Ponieważ fandom Takarazuki to jakiś odjazd, w dobrym i złym sensie. Dobrym, bo teatr to zawsze teatr, całkiem niezłe hobby. Złym, bo przeginają. Z uwielbieniem dla swoich 贔屓 (hiiki, słowo określające ulubieńca, którego nauczyłam się dopiero z tej uroczej książeczki), a może właściwie z okazywaniem tego uwielbienia. Przeraziły mnie trochę  opowieści o 遠征 (ensei, dosł. „ekspedycja, trasa (koncertowa)”), czyli wyjazdach do innego miasta (Takarazuka oprócz głównej siedziby ma jeszcze teatr w Tokio, okazyjnie daje też występy w innych miejscach) tylko po to, żeby zobaczyć przedstawienie. No, zrozumiałabym jeszcze, gdyby to było jedyne takie przedstawienie w historii Japonii. Na dekadę. W roku. Ale (cała moja wiedza jest zaczerpnięta z książki i Instagrama, ale w ten sposób opiera się na zeznaniach samych zainteresowanych, więc mogę sobie pisać) fanki oglądają kilka razy TĘ SAMĄ sztukę. Ba, kilka. Moje ulubione wyznanie należało do pani w średnim wieku, która na Takarazukę chodzi średnio 210 razy w roku. Przypominam, że zwykle rok ma 365 dni. Do the maths. ILE TO JEST KASY?! Plus wszystkie możliwe pamiątki, płyty DVD, słodycze (nowe serie ciastek na każde przedstawienie; sklep wewnątrz teatru, ale nie można robić zdjęć, sorry), teczki, kubki,  gazety (oczywiście, że są specjalne gazety o Takarazuce; w sklepie można też kupić wszystkie inne tytuły, które w tym momencie publikują coś o jakiejś aktorce i te artykuły są zaznaczone na egzemplarzu wystawowym), zdjęcia… Oczywiście, zakładam że do takich ekstremów dochodzą tylko fanki (i fani, jacyś tam faceci ponoć też są), które na to stać. No i jest to tylko jakiś ułamek całości, pewnie  nie aż tak duży (z drugiej strony, "ekspedycje” i przygotowywanie się na fanowskie spotkanie z idolką niczym na ważną randkę były przedstawione w książce jako normalka).

Do pewnego stopnia to rozumiem. Aktorki Takarazuki (mówię tu o otokoyaku, bo to one cieszą się większą sympatią i ogólnie, i u mnie) są cool. Wysokie (to znaczy jak na Japonki, a podczas sztuk i tak noszą obcasy), szczupłe, z zadziornymi krótkimi fryzurami (no ale ja osobiście takie lubię, więc może nie jestem obiektywna), zachowujące się trochę po męsku, a może po prostu z mocnym charakterem (chociażby wyuczonym do roli, nie pytałam). Trochę nie z tego świata (ponoć nigdzie nie wolno podawać, ile mają lat, przynajmniej aż do zakończenia kariery). Co prawda kiedy zmyją ten szalony, teatralny makijaż przestaję widzieć w nich granych mężczyzn (myślę, że osoby nieprzyzwyczajone do mangowej wersji męskiego piękna nigdy by ich tam nie dostrzegły), nadal za to widzę fajną babkę, z której trochę by się chciało wziąć przykład.

To znaczy śpiewać nigdy się nie nauczę. Ale na przedstawienie pójdę jeszcze przynajmniej raz.

Obiecany link do Takarazuki plus mały trailer tej sztuki o Szekspirze – gdybyście nie wiedzieli, na który filmik się zdecydować. Myślę, że dobrze pokazuje, jakie to show.

次回:Last month, ale po nim zabiorę Was na chwilę do Nagoyi, gdzie szukałam śladów Ody Nobunagi i… czegokolwiek, co można by zwiedzić w okresie noworocznym!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz