środa, 18 listopada 2015

Jasno wszędzie, głośno wszędzie – Halloween w Osaczy!



Dobra, zabieram się za ten post o Halloween, bo zaraz minie listopad i wszyscy zapomną, że coś takiego w ogóle było. Nigdy jakoś nie miałam zamiaru obchodzić tego święta (z racji religijno – ideologicznych), ale naczytałam się w Internecie, jakie to osobliwości można tego dnia spotkać na ulicy w większych miastach Japonii i stwierdziłam, że warto się przekonać, a nuż trafi się Gintoki (trafił się, ale mocno naciągany). Japończycy ponoć lubią Halloween, jak – mam wrażenie – większość amerykańskich rzeczy (oprócz baz na Okinawie, hehe, żenująco – kontrowersyjny żart prowadzącego). Wątpię, żeby łączyło się to z kultem zmarłych (tak jak i u nas się nie łączy, chociaż dzieciaki w coraz większych grupach biegają z torbami na cukierki po ulicy), od tego Japonia ma sierpień i święto Obon. Ale czemu by nie przebrać się i nie pójść na imprezę? To w sumie jak cosplay.

Głodne wrażeń zaopatrzyłyśmy się w podstawowe akcesoria do udawania, że jesteśmy przebrane (ja – kapelusz z Daiso za 100 jenów, reszta – pomalowane twarze) i ruszyłyśmy do tzw. Amerykańskiej Wioski (アメリカ村, amerika mura), czyli zasadniczo niewielkiego skwerku nieopodal dworca Nanba. Po drodze opadł nas cień niepewności (opadał kilka razy), bo coś mało ludzi było przebranych. W sumie nikt. Pomyliłyśmy dni? Japończycy świętują kiedy indziej? O co chodzi?

Na szczęście już po dotarciu na miejsce stało się jasne, że nic nie pomyliłyśmy. Ludzi było aż za wiele i momentami musiałyśmy przeciskać się przez napierający tłum duchów, pokemonów, Mario i Luigich oraz wszelkich innych postaci, które może nie zawsze są straszne (czy o to chodzi w Halloween? Właściwie nie orientuję się aż tak dobrze), ale najwidoczniej łatwo było się przebrać. Czy jakiś strój zaparł mi dech w piersiach? Niezbyt, chociaż niektóre wyglądały na kosztowne i czasochłonne. No, spodobał mi się Kaneki Ken z Tokyo Ghoul, ale to dlatego, że wydawał się przystojny (z drugiej strony, pół twarzy zasłaniała cwaniakowi maska, rzeczywistość mogła być inna) i – ze względu na swoją irracjonalność – logo igrzysk w Tokio z 2020 roku (tak, to, z którego w końcu zrezygnowali; może to był duch loga?). No, może dech zapierały mi trochę niektóre kobiece stroje, ale głównie przez to, z jak niewielkiej ilości materiału się składały (zwłaszcza biorąc pod uwagę panującą w nocy temperaturę). No ale trzeba się pokazać, co tam zapalenie płuc. 
 
Na szczęście naturalny kostium gaijina okazał się skuteczniejszy w przyciąganiu uwagi, niż jakiekolwiek rozbieranki. Biorąc pod uwagę nasz znikomy wkład w przygotowania szokujące było to, ile osób podbijało do nas i chciało sobie robić zdjęcia. Z nami? Po co? Żeby mieć obcokrajowca na fotce? Mało ich w Osace? Przestałam liczyć po piętnastym razie i pierwszej propozycji modelingu. 

Ale raz nawet dostałyśmy cukierki :D

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza