niedziela, 9 sierpnia 2015

Ujęcie drugie

PUFF, dmucham z całej siły, żeby odkurzyć tego bloga (i podbić statystyki, co tam). Jeszcze się przyda. Wracam do Japonii.

Jest to też (jak pokazuje mi Blogger) 50. post. No proszę, same ważne okazje.

Jak napisałam na Fejsie: it’s official. Jeśli nie rozjadą nas czołgi (bardzo nędzna aluzja muzyczna), od października będę pisać z Osaki. Przez „będę pisać” próbuję powiedzieć, że „325 widoków…” odżyje, na co, mam nadzieję, jeszcze ktoś czeka. Nazwa zostaje, mimo że teraz już nie będę miała Fuji na wyciągnięcie ręki (a właściwie na 25 minut jazdy samochodem  we w miarę bezchmurny dzień), a „widoków”, czyli dni w Japonii, będzie więcej. Wszystko zostaje po staremu, bo moje życie w Japonii będzie tworzyć całość, mimo roku przerwy i odległości geograficznej między miejscami zamieszkania (i faktu, że będę się musiała nauczyć stawać na schodach ruchomych nie po tej stronie, co zawsze). 

Pytanie, które słyszałam już dziesiątki razy: dlaczego nie Tokio? Powinnam ze światowym uśmiechem założyć nogę na nogę, upić łyk drinka i niskim głosem stwierdzić „Męczył mnie już ten zgiełk stolicy…”, ale to byłaby bujda. Tokio jest świetne, uwielbiam je, chcę je znów odwiedzić PRZYNAJMNIEJ raz. OK, jest drogo, ale nie mam złudzeń, że w Osace dokonam jakichś szalonych oszczędności, które nie byłyby możliwe we Wschodniej Stolicy. Zdecydowałam się na Kansai ze względu na ofertę uniwersytetu (studia! uczyć się będę!), bliskość  tych wszystkich czadowych świątyni (które chce się zobaczyć więcej niż raz, z doskoku), bezpośrednie połączenie z górą Kōya (licencjat licencjatem, ale moje ezoteryczne mezalianse chyba na tym się nie skończą <3)… i na to, że czas na coś nowego. Poprzednio Osaka była miastem mojego pierwszego zderzenia z Japonią (gdy byłam bardzo szczęśliwa) i pożegnania z nią (gdy byłam proporcjonalnie smutna, chyba pulchniejsza, a na pewno z dłuższymi włosami). Zobaczymy, jak nadaje się na miejsce do życia. 

A tym, którzy przebrnęli przez moje zwierzenia, polecam filmik. W takich miejscach będę się pewnie włóczyć (albo obok, żeby mnie mnisi nie pogonili). Przejdźcie DO KUMANO.

5 komentarzy:

  1. wielkie zazdro i powodzenia na wszystkich frontach!

    OdpowiedzUsuń
  2. wielki szacun, że ktoś konsekwentnie przez 50 postów prowadzi bloga, ja nie miałam do tego wytrwałości i po dwóch wpisach się znudziło. No nic, pozosostaje cenić tych, którym się chce i z ciekawością i niecierpliwością wyczekiwać nowych wpisów i odkrywać jak tam Nihon Cię traktuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadal mam Twojego bloga gdzieś w zakładkach :P

      Usuń
  3. O, jak miło, że blog odżyje! ^^ Z przyjemnością będę czytała nowe posty. :) Powodzenia w Japonii (pewnie zawsze się przyda, mimo tego, że już tam byłaś)!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń